środa, 26 lutego 2014

Rekreacja, trening, tresura

Obiecałem ciąg dalszy moich pełnych wymądrzeń poradników, więc (chyba pierwszy raz od kiedy tu piszę...) obietnicę spełniam i spełniać będę. Dziś troszkę na temat tego czym się w zasadzie różni rekreacja od treningu i czym jest tresura człowieka.

Zaczynasz coś trenować. Dajmy na to bieganie (ale niespodzianka!). Oczywiście, jak to bywa w obecnych czasach, zanim wskoczysz w dresik i mniej lub bardziej sportowe buciki wchodzisz do neta i czytasz. Czytasz dużo. Na jakimś blogu "Nie znam się na sporcie" jakiś typek pisze jak zacząć biegać. Na maratonypolskie.pl znajdujesz plan treningowy. Gdzieś indziej przeczesujesz forum pełne życiowych i mądrych porad (tematy w stylu "Jaka dieta?" czy "Lepsza amortyzacja tylko z tyłu czy z przodu też warto?"). Napompowany wiedzą jak Robert Burneika stejkami wyruszasz w teren.

Zaliczasz pierwszy trening, taki jak był w planie. Potem drugi - jest fajnie, nie ma zakwasów, dobrze ci się biegnie. Po trzecim jesteś nieco rozczarowany. Mimo tego ciśniesz dalej. Kolejne treningi doprowadzają cię do łez, ale niestety nie tych ze szczęścia. Sfrustrowany kupujesz buty za 500 zł i kompletnie zmieniasz dietę, tak z dnia na dzień. Okazuje się, że to nie pomaga, forma rosnąć nie chce. Ostatecznie, po jakimś miesiącu odpuszczasz i rozgoryczony siedząc w knajpie mówisz do kolegi/koleżanki "bieganie jest do dupy, wolę piwo". Postanowienie umarło w tobie i pewnie nieprędko wróci.

No i dlaczemuż tak się stało?

Boś towarzyszu zaczął od złej strony (mówiąc delikatnie). Zapewne chciałeś po prostu zacząć się ruszać. Trochę dla poprawy figury, trochę dla kondycji, trochę dla spróbowania czegoś innego. Ot tak, pobawić się i zobaczyć co z tego wyjdzie. No właśnie...

...a zacząłeś trenować.

Czym jest rekreacja? Na studiach pamiętałem kilka ładnych definicji (a i tak miałem dwóję z pierwszego terminu ;)), obecnie nie przypomnę sobie żadnej. Jednak sens gdzieś mi w tej główce pozostał. Rekreacja to te czynności które wykonujemy w WOLNYM CZASIE, DOBROWOLNIE i traktując wykonywaną przez nas czynność jako CEL SAM W SOBIE. Co to oznacza i jak to odnieść na przykład do biegania?

Ano, oznacza tyle, że jeśli biegamy, to robimy to wtedy kiedy mamy wolną chwilę (a nie upychamy na siłę między milion innych obowiązków), robimy to z własnej nieprzymuszonej woli (dla siebie!) i czerpiemy radochę z samego faktu biegania (nawet jeśli idzie nam gorzej niż byśmy chcieli). Nie stawiamy sobie jakiś mega górnolotnych celów z gatunku "przygotuję się do maratonu w pół roku!" albo "schudnę 30 kilo w dwa miesiące!". Co najwyżej zapisujemy sobie w główce "poprawa kondycji", "więcej czasu na świeżym powietrzu", "oderwanie się od pracy przy komputerze" i na tym koniec! Wychodzimy z domu i nie martwimy się tym, czy zrealizowaliśmy plan, czy mamy odpowiednie tempo, albo czy zjedliśmy odpowiedni posiłek. Po prostu lecimy przed siebie, spokojnie, lajtowo, relaksując się i dając endorfinom szansę na leniwe rozpłynięcie się po naszym organizmie.

Mając takie podejście po trzech miesiącach zdziwimy się, że sami z siebie biegamy po 40 minut (a nie 15 jak na początku), nie łapiemy kontuzji, nie mamy jakiś mega wielkich kryzysów, figurka jakby lepsza, oddycha się lżej, a znajomi non stop nas pytają "skąd ty masz taki dobry humor?!".

Teraz, dopiero teraz, możemy pomyśleć nad treningiem. Bo nam się spodobało, bo chcemy więcej, bo chcemy zobaczyć jakieś wyraźniejsze efekty. Mamy fundament na którym możemy budować coś większego.

Skąd wiem, że mam rację? To proste. W cywilizowanych krajach, gdzie istnieją systemy szkolenia młodzieży (czyli na pewno nie w Polsce, nie wliczając kilku dyscyplin ;)) nie rozpoczyna się pracy z dzieciakami od treningu. Zaczyna się od zabawy. Od oswojenia z daną dyscypliną, zbudowania chęci do pracy, automotywacji. Dopiero później można tym dzieciakom zacząć aplikować trening i kłaść nacisk na wyniki (u nas się tylko kładzie nacisk na wyniki ;)). Djoković, kiedy zaczynał grę w tenisa, nie zaczynał od piłowania forhandu, tylko od przerzucania piłeczki przez siatkę i odbijania na przemian obydwiema stronami rakiety.

Trening wymaga reżimu. Trzymania się (przynajmniej mniej więcej) jakiegoś planu, wkładania wysiłku niezależnie od tego czy nam się danego dnia chce czy nie. Wymaga to bardzo dużej ilości samozaparcia i wyraźnego ukierunkowania na cel. Kiedy zaczynamy sobie truchtać, nie wiedząc jeszcze czy nam się to w ogóle spodoba, nie ma sensu ładować się w coś co nas z pewnością przerośnie. Do wszystkiego trzeba dojrzeć! Posiłkując się przysłowiem - nie od razu Kraków zbudowano ;).

Z pewnością, drogi czytelniku, zastanawiasz się teraz (a pewnie już od spojrzenia na tytuł) - co z tą tresurą? O co mu w ogóle biega? Ano biega o to, o czym wielu sportowców - amatorów i zawodowców - zapomina. Trening, nawet bardzo intensywny i pochłaniający całe nasze życie, musi mieć w sobie cząstkę rekreacji. Mianowicie, cały czas, musi to być czynność w stu procentach DOBROWOLNA. W momencie kiedy zaczynamy się zmuszać (oczywiście na dłuższą metę) lub, co gorsza, robić coś ze względu na kogoś (skończyłbym karierę, ale sponsorzy mnie zaj... adą) zaczyna się tresura. Działanie wbrew własnej woli to chyba największe możliwe wypaczenie idei człowieczeństwa. Negując własne zdanie pozbawiamy siebie radości z życia i tego co w tym życiu robimy. Chyba nikt z nas nie chce czuć się jak małpa w klatce, uczona na siłę żonglowania piłeczkami - tylko po to, żeby zabawiać widzów.

Stąd mój skromny apel - gdziekolwiek byś nie był, czegokolwiek byś nie robił - baw się sportem i nie dawaj sportowi bawić się tobą. Sport to radość, zdrowie i przyjemność i niech tak lepiej pozostanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz