Korzystając z dłuższego wolnego postanowiłem wybrać się do Włoch. To znaczy w zasadzie nie wiedziałem gdzie dokładnie wyląduję, wiedziałem jedynie, że "wybywam". Żeby nie być specjalnie stratnym tak zaplanowałem dzień, żeby jeszcze zdążyć obejrzeć od rana pojedynek Rafy Nadala z Rogerem Federerem.
W związku z tym, zanim zagłębię się w szczegóły mojego wojażu, kilka zdań na temat meczu. Przed spotkaniem stawiałem na Szwajcara. Formę we wcześniejszych meczach miał zaiste wysoką, widać było, że zmiany jakie wprowadził do swojej gry po poprzednim, kiepściutkim dla niego, sezonie wyszły mu zdecydowanie na plus. Co najważniejsze - wraz ze zmianami wróciła pewność siebie Rogera. Widać było, że czuje się mocny, a to, przy ofensywnej grze jaką zaczął prezentować, to podstawa.
Z drugiej strony Nadal... W zeszłym sezonie wrócił po kontuzji w wybornej formie, którą wyraźnie udało mu się utrzymać także na początku nowego. Chociaż Grigor Dimitrow uszczknął mu seta i troszkę postraszył w pozostałych, to nie oszukujmy się - nr 1 rankingu zobowiązuje. W męskim tenisie oczywiście ;).
Co zatem przemawiało na korzyść starszego Federera? Lewa ręka Nadala. Słynna, obrastająca pomału w legendę (czego to te kretyńskie media nie wymyślą?!), kontuzja - przetarcie wewnętrznej części dłoni. Kto grał kiedykolwiek w tenisa wie, że utrzymać poprawnie rakietę przy mocniejszym uderzeniu jest czasem ciężko. Jak jeszcze dłoń się poci, to już w ogóle jesteśmy ugotowani. Co dopiero mówić o sytuacji, w której mamy przetarty spory kawał skóry. Stąd mój wniosek - nawet najlepiej grający Nadal może nie podołać znakomicie dysponowanemu Federerowi mając taki paskudny uraz.
No właśnie... dla mnie właśnie po tym poznaje się klasę prawdziwego sportowca. Umieć zagrać na wysokim poziomie z kontuzją/zmęczeniem/w złych warunkach itp. potrafią tylko najlepsi. Tu mamy jednocześnie odpowiedź na pytanie "co sądzisz o występie Radwańskiej na AO?", ale to temat na inne opowiadanie ;). W każdym razie to co pokazał Nadal w tym półfinale było obłędne. Nie widziałem dawno takiej gry. Bezbłędny w kluczowych momentach, szybki, przewidujący, wręcz frustrująco skuteczny i wytrzymały psychicznie. Poezja tenisa.
Pragnę dodać, że osobiście nie przepadam za Hiszpanem, ale umiejętności jakie pokazał w tym meczu zasługują na najwyższe uznanie. Pozwolę sobie zacytować samego siebie z dzisiaj (cóż za egocentryczne zboczenie...): był w takiej dyspozycji, że gdyby grał z samym sobą, to pewnie też by wygrał. Trzymam kciuki za Wawrinkę w finale, bo gościa strasznie lubię za charakter i styl gry, ale to może się okazać za mało na genialnego Rafaela.
To tyle mojego, krótkiego przerywnika ;). Wróćmy do tych wakacji! Zaraz po meczu ubrałem się i spakowałem co potrzeba i wyruszyłem. Jak było? Doskonale. Słońce mocno przygrzewało, ale skwar nie doskwierał, dzięki wiatrowi, który delikatnie chłodził moje rozgrzane ciało. Wokół mnie kręciło się mnóstwo ładnych kobiet z ciekawskimi oczami, zawadiacko wpatrującymi się we mnie. Udało mi się zwiedzić bardzo dużo. Jednak najlepsze zostało na koniec - miałem okazję zjeść przepyszny sorbet pomarańczowy. Rewelacja, coś doskonale chłodzącego w gorące dni. Czysta przyjemność, jak oglądanie zagrań Nadala w dzisiejszym meczu. Polecam wszystkim wypad do Włoch!
A teraz poważnie. Biegałem. Świeciło Słońce, i dzięki Bogu, bo bym zamarzł na początku. Biegnąc na wschód i północ wiał mi tak mroźny wmordęwind, że zacząłem się obawiać czy doniosę do domu wszystkie przednie elementy mojego ciała. Dziewczyny, owszem, były ładne, ale z ich oczu wyczytywałem raczej "matko, co za po***". Przeleciałem 3/4 okolicy, bo miałem do przebiegnięcia 80.
No i ten sorbet... postanowiłem na biegi dłuższe niż godzina zabierać ze sobą picie. Żeby nie żłopać samej wody, wymieszałem ją sobie z sokiem ze świeżo wyciśniętej pomarańczy. Samo zdrowie i smak. Szkoda, że nie wziąłem pod uwagę tego, że zarówno korek z płynem w środku, jak i sam płyn w reszcie butelki po prostu, ordynarnie, zamarzną. W ten sposób, po ponad godzinie biegu mogłem sobie pochrupać lodowe kawałeczki mojego świetnie poprawiającego mi komfort termiczny napoju...
Tak właśnie rzeczywistość boleśnie bije długim, twardym kijem nasze wyobrażenia.
Forma jest, także ta psychiczna. Byle to utrzymać!
Miałem o tym nie pisać, ale może jak napiszę, to poczuję się zobowiązany. Zamierzam powrzucać trochę publicystyki i tego typu pierdółek, które ostatnio mi powłaziły do głowy i muszę je gdzieś wypuścić na wolność. Oby czasu, chęci i sił starczyło.
Z błogosławieństwem na sobotę, szczególnie dla zmrożonych biegaczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz