Często mawia się, że "mecz był godny finału". Dlaczego? Bo były bramki, emocje, zwroty akcji, walka, czasem po prostu maestria w dziedzinie danego sportu.
Dzisiejszy (dla mnie), a w zasadzie wczorajszy (de facto) finał męskiego Australian Open w zasadzie zawierał wszystko to co wymieniłem, ale nie do końca. To był finał, w którym oprócz wymienionych elementów, najistotniejszy był, przede wszystkim, dramat. Określenie o pejoratywnym wydźwięku raczej nie pasuje do wizji finału idealnego, a jednak mieliśmy okazję zobaczyć, że to jaki wydźwięk ma "dramat" zależy w ogromnej mierze od aktorów. Tym bardziej, że nawet w najbardziej zawiłej greckiej tragedii nie zdarzało się, żeby obaj główni bohaterowie byli na wskroś tragiczni. Bohaterowie - aktorzy, a nie role, które przyjmowali.
Tym właśnie różni się sport od teatru.
Mecz zapowiadał się wyjątkowo romantycznie. Niezniszczalny, zdaje się, mistrz, który po drodze przejeżdża się po dawnym czempionie w stylu wyjątkowym, przeciwko utalentowanemu i walecznemu młokosowi, dla którego osiągnięcie finału zdaje się być szczytem możliwości. Mimo, że nikt nie daje temu drugiemu szans, obaj, raczej bez cienia kurtuazji, odnoszą się do siebie z wielkim szacunkiem. Mistrz, wbrew utartym schematom, nie emanuje pewnością siebie i arogancją, a raczej pokorą i szacunkiem. Wie, że nie ma króla, którego nie można obalić.
Kiedy stają do walki okazuje się, że wcześniejsze przemyślenia zaczynają odzwierciedlać się w rzeczywistości. Młokos wspina się na wyżyny swoich możliwości, które wydawały się być już dawno osiągnięte i wyłącznie dzięki swojej znakomitej dyspozycji doprowadza do zwycięstwa w pierwszej rozgrywce.
Druga rozpoczyna się w podobnym tonie. Widzowie obserwują elektryzujące widowisko, jestem przekonany, że wielu wyobrażając sobie ten pojedynek, widziało oczami wyobraźni właśnie coś takiego.
Wtedy uderza piorun.
Mistrz doznaje kontuzji. Wbrew pozorom nie chodzi o dłoń, która doskwierała mu już wcześniej. W porządku zdają się być także kolana, które były swego czasu jego przekleństwem. Tym razem dzieje się coś złego z jego kręgosłupem. Z wyraźnym grymasem bólu wytrzymuje do chwili, kiedy może skorzystać z pomocy medycznej, kiedy tylko pojawia się taka możliwość, znika w szatni walcząc ze swoją dolegliwością. Pikanterii dodaje fakt, że młokos jest wściekły, nie znając przyczyn tej sytuacji.
Mistrz po kilku chwilach wychodzi z tunelu i decyduje się kontynuować grę. Właśnie w tym momencie, chociaż chyba nie do końca są tego świadomi, obaj aktorzy zaczynają odgrywać tragedię. Mistrz wygląda na zdruzgotanego psychicznie i fizycznie. W kilku momentach zdaje się płakać, trudno powiedzieć czy bardziej z bólu czy z poczucia beznadziei całej sytuacji. Zaczyna wystawiać się rywalowi, skazując się w zasadzie na pożarcie.
Tragedia? Tak, ale po drugiej stronie. Młokos kompletnie nie ma pojęcia jak powinien zareagować. Logika nakazuje dobić kulejącą ofiarę, ale w grę zaczyna wkraczać sumienie. Wyraźnie widać jak targają nim wątpliwości jak w zasadzie powinien zareagować. Zamiast kąśliwych ukłuć pojawiają się chybione uderzenia, zamiast wyrachowania, drżenie i nerwy. Obaj doczłapują do końca drugiej partii.
W trzeciej zdarza się coś w zasadzie niemożliwego. Mistrz powoli, acz sukcesywnie, wraca do dobrej dyspozycji. Doskonale dostosowywuje się do niesprzyjających warunków, zmienia styl gry, na co rywal nie potrafi znaleźć odpowiedzi. A im bardziej sobie nie radzi, tym bardziej wścieka się i popełnia jeszcze więcej błędów. Znika jego spokój i waleczność, pojawia się frustracja, która wydaje się pożerać go od środka bardziej niż ból mistrza. Ostatecznie trzecią rozgrywkę wygrywa mistrz, a sprawa ostatecznego rozstrzygnięcia wydaje się być nadal otwarta.
Niestety, do sukcesu potrzebna jest równowaga ciała i ducha. Mimo wszystko dużo łatwiej wrócić młokosowi do równowagi psychicznej, niż mistrzowi do fizycznej. Mecz zaczyna coraz bardziej przypominać pierwszą potyczkę, ale w zasadzie do samego końca nie wiadomo, kto lepiej poradzi sobie z tą kuriozalną sytuacją. Ostatecznie młokosowi udaje się opanować nerwy i zadać kończący cios.
Na tym widowisko się nie kończy. Świadomi tego jak przebiegał ich pojedynek, obaj reagują w wyjątkowy jak na taką sytuację sposób. Młokos, od teraz będący już mistrzem, nie okazuje radości. Zdaje się chcieć okazać w ten sposób rywalowi szacunek dla walki, jakiej mimo wszystko się podjął. Kiedy zbliżają się do siebie podziękować sobie za walkę, mistrz chyli czoła przed zwycięzcą pokazując ogromną pokorę. Tym gestem zdaje się mówić "wybacz przyjacielu, że tyle kazałem ci na to czekać". Następuje krótka wymiana zdań.
Nie mam pojęcia co obaj mówili do siebie. Być może, już komuś udało się odszyfrować słowa i ich wydźwięk jest kompletnie inny, niż ten, który ja wymyśliłem. Mimo wszystko mam wrażenie, że w trakcie tej rozmowy młokos Stanislas powiedział mistrzowi Rafaelowi "Dziękuję, że dałeś wygrać mi to trofeum na boisku, a nie poza nim".
Mam wrażenie, że Nadal nie poddał meczu w drugim secie, tylko dlatego, żeby nikt nie powiedział "Wawrinka dostał tytuł za darmo". Mając ogromny szacunek dla rywala zdecydował się grać, chociaż, moim zdaniem, ani przez chwilę trwania meczu po przerwie medycznej nie wyglądał na wierzącego w końcowe zwycięstwo, a mimo tego grał. Może to zbyt idealistyczne i romantyczne myślenie, ale ja widzę zachowanie Nadala właśnie w taki sposób.
Dlatego właśnie to był mecz wart finału. Były emocje, momentami skrajne, była piękna gra, było ogromne cierpienie, ale przede wszystkim był sport. Sport, w którym naprzeciwko siebie stają ludzie. Nie maszyny, jak często ich widzimy, ale zwykłe postacie, które czują i reagują jak my wszyscy. Bohaterowie, którzy nie zmagają się z problemami "czy mój rywal gra lepszy serwis po prostej czy odchodzący?" tylko z pytaniami "jak przezwyciężyć ból, jak przezwyciężyć wątpliwości?". Bohaterowie, którzy uczą nas, że wygrać można w różny sposób i różnymi metodami.
Dla mnie ten finał wygrali obaj. Ten, który przezwyciężył Wyjątkowy Stan i Stan, który okazał się być w tym roku tym Wyjątkowym.
I oby Nadal (taki sport) trzymał się w dobrym zdrowiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz