sobota, 13 kwietnia 2013

Na dzień przed

Niniejszy blog powstał głównie w celu zapisywania moich wrażeń i wspominek w przygotowaniach do maratonu. W dużej mierze udało mi się to zamierzenie zrealizować. Jednak ostatnie półtora miesiąca to czas totalnego zastoju w pisaniu tutaj. Powodów jest kilka, przez pracę i brak czasu, po przeprowadzki i inne temu podobne wydarzenia. Tak prawdę powiedziawszy to po części straciłem wenę na pisanie kolejny raz o tym jak to mi się biegało. Rzeczy, które mi się przytrafiały zaczęły się powtarzać, a ile można dłubać na ten sam temat?

Tak to sobie ucichło, ale nie zamilkło do końca. Podobnie zresztą jak moje treningi. Spadła ich częstotliwość, regularność też pozostawiała dużo do życzenia, ale wszystko toczyło się swoim tempem. Coś co zacząłem w lipcu zeszłego roku docelowo zmierzało do 14 kwietnia 2013 i biegu maratońskiego w mojej rodzinnej Łodzi. Wtedy jeszcze siedziałem przy oknie w kamienicy przy wrocławskim Rynku i nie miałem pojęcia co będzie dalej.

Dziś już jestem dużo mądrzejszy, jak to zwykle bywa po czasie. Wróciłem do Łodzi, pracowałem tam, przestałem pracować tam, zacząłem się kursować przewodnicko, łapałem doły, pogoda nie rozpieszczała, w końcu dostałem pracę tu i znów zmieniłem miejsce zamieszkania. Sporo tego. Co by się jednak nie działo wspólny mianownik pozostawał - bieganie. Z uporem maniaka wychodziłem biegać, kiedy miałem to zaplanowane, a od marca kiedy mogłem sobie na to pozwolić. Czasem doprowadzało mnie to do szaleństwa, czasem dawało mega oddech od codzienności, czasem wyładowanie, a czasem nakręcało energetycznie. Wszystko, żeby spełnić marzenie i przebiec 42 kilometry 195 metrów.

To już jutro. Rano odebrałem zestaw startowy, praktycznie wiem już w co się ubiorę i jak planuję przebiec ten królewski dystans. Nie kłopocze mnie już pytanie - czy dam radę. Wiem, że dam, jestem świadom swojej formy fizycznej i psychicznej, do tej ogromnej bramy z napisem "MARATON" podchodzę z pokorą, ale nie pochyloną głową. Nie zatrzymały mnie śniegi, kace, prace, braki czasu i inne zjawiska. Jedyne co może mnie teraz zatrzymać to ja sam i to co siedzi w mojej głowie. Wiem jednak, że siedzi tam mnóstwo pozytywnej wiary i energii i wrodzona chęć walki. Nigdy się nie poddawałem, jakby źle nie było i jutro też nie zamierzam.

Teraz martwi mnie coś innego. Pytanie, które w końcu musiałem sobie zadać. Co dalej? Chcę dalej biegać? Jeśli tak, to chcę to robić dla siebie czy znów pod konkretne zawody? Według planu czy "jak wyjdzie"? Może wolę zająć się teraz czymś innym?

Będę miał dużo czasu do namysłu jutro, stawiam, że około 3 godzin i 15 minut, może nieco mniej, może nieco więcej. Potem na pewno robię sobie przerwę w bieganiu, od 2 do 4 tygodni. Kiedy już podejmę decyzję, pochwalę się nią tutaj.

Swoją drogą polecam każdemu znaleźć jedno marzenie, takie z czasów jak najwcześniejszych i po prostu zrobić wszystko by je zrealizować. Wiem, że jeśli jutro złapie mnie kryzys to w głowie zapali mi się lampka z myślą - "chciałeś zrobić to od małego, podświadomie przygotowywałeś się do tego dnia od kiedy ta myśl zakiełkowała w tobie, nie możesz przecież zawieść samego siebie?".

Jestem szczęśliwy.

1 komentarz:

  1. Witam, często odwiedzam blog - gratuluję:)
    Na jutrzejszy "królewski dzień" życzę przede wszystkim fascynacji z tego biegu - bo chyba od początku właśnie o to chodziło :)
    Z niecierpliwością czekamy z całą Hi-Tec-ową ekipą na zdjęcia z maratonu. Powodzenia ! Karola

    OdpowiedzUsuń