piątek, 24 stycznia 2014

Wakacje we Włoszech

Korzystając z dłuższego wolnego postanowiłem wybrać się do Włoch. To znaczy w zasadzie nie wiedziałem gdzie dokładnie wyląduję, wiedziałem jedynie, że "wybywam". Żeby nie być specjalnie stratnym tak zaplanowałem dzień, żeby jeszcze zdążyć obejrzeć od rana pojedynek Rafy Nadala z Rogerem Federerem.

W związku z tym, zanim zagłębię się w szczegóły mojego wojażu, kilka zdań na temat meczu. Przed spotkaniem stawiałem na Szwajcara. Formę we wcześniejszych meczach miał zaiste wysoką, widać było, że zmiany jakie wprowadził do swojej gry po poprzednim, kiepściutkim dla niego, sezonie wyszły mu zdecydowanie na plus. Co najważniejsze - wraz ze zmianami wróciła pewność siebie Rogera. Widać było, że czuje się mocny, a to, przy ofensywnej grze jaką zaczął prezentować, to podstawa.

Z drugiej strony Nadal... W zeszłym sezonie wrócił po kontuzji w wybornej formie, którą wyraźnie udało mu się utrzymać także na początku nowego. Chociaż Grigor Dimitrow uszczknął mu seta i troszkę postraszył w pozostałych, to nie oszukujmy się - nr 1 rankingu zobowiązuje. W męskim tenisie oczywiście ;).

Co zatem przemawiało na korzyść starszego Federera? Lewa ręka Nadala. Słynna, obrastająca pomału w legendę (czego to te kretyńskie media nie wymyślą?!), kontuzja - przetarcie wewnętrznej części dłoni. Kto grał kiedykolwiek w tenisa wie, że utrzymać poprawnie rakietę przy mocniejszym uderzeniu jest czasem ciężko. Jak jeszcze dłoń się poci, to już w ogóle jesteśmy ugotowani. Co dopiero mówić o sytuacji, w której mamy przetarty spory kawał skóry. Stąd mój wniosek - nawet najlepiej grający Nadal może nie podołać znakomicie dysponowanemu Federerowi mając taki paskudny uraz.

No właśnie... dla mnie właśnie po tym poznaje się klasę prawdziwego sportowca. Umieć zagrać na wysokim poziomie z kontuzją/zmęczeniem/w złych warunkach itp. potrafią tylko najlepsi. Tu mamy jednocześnie odpowiedź na pytanie "co sądzisz o występie Radwańskiej na AO?", ale to temat na inne opowiadanie ;). W każdym razie to co pokazał Nadal w tym półfinale było obłędne. Nie widziałem dawno takiej gry. Bezbłędny w kluczowych momentach, szybki, przewidujący, wręcz frustrująco skuteczny i wytrzymały psychicznie. Poezja tenisa.

Pragnę dodać, że osobiście nie przepadam za Hiszpanem, ale umiejętności jakie pokazał w tym meczu zasługują na najwyższe uznanie. Pozwolę sobie zacytować samego siebie z dzisiaj (cóż za egocentryczne zboczenie...): był w takiej dyspozycji, że gdyby grał z samym sobą, to pewnie też by wygrał. Trzymam kciuki za Wawrinkę w finale, bo gościa strasznie lubię za charakter i styl gry, ale to może się okazać za mało na genialnego Rafaela.

To tyle mojego, krótkiego przerywnika ;). Wróćmy do tych wakacji! Zaraz po meczu ubrałem się i spakowałem co potrzeba i wyruszyłem. Jak było? Doskonale. Słońce mocno przygrzewało, ale skwar nie doskwierał, dzięki wiatrowi, który delikatnie chłodził moje rozgrzane ciało. Wokół mnie kręciło się mnóstwo ładnych kobiet z ciekawskimi oczami, zawadiacko wpatrującymi się we mnie. Udało mi się zwiedzić bardzo dużo. Jednak najlepsze zostało na koniec - miałem okazję zjeść przepyszny sorbet pomarańczowy. Rewelacja, coś doskonale chłodzącego w gorące dni. Czysta przyjemność, jak oglądanie zagrań Nadala w dzisiejszym meczu. Polecam wszystkim wypad do Włoch!

A teraz poważnie. Biegałem. Świeciło Słońce, i dzięki Bogu, bo bym zamarzł na początku. Biegnąc na wschód i północ wiał mi tak mroźny wmordęwind, że zacząłem się obawiać czy doniosę do domu wszystkie przednie elementy mojego ciała. Dziewczyny, owszem, były ładne, ale z ich oczu wyczytywałem raczej "matko, co za po***". Przeleciałem 3/4 okolicy, bo miałem do przebiegnięcia 80.

No i ten sorbet... postanowiłem na biegi dłuższe niż godzina zabierać ze sobą picie. Żeby nie żłopać samej wody, wymieszałem ją sobie z sokiem ze świeżo wyciśniętej pomarańczy. Samo zdrowie i smak. Szkoda, że nie wziąłem pod uwagę tego, że zarówno korek z płynem w środku, jak i sam płyn w reszcie butelki po prostu, ordynarnie, zamarzną. W ten sposób, po ponad godzinie biegu mogłem sobie pochrupać lodowe kawałeczki mojego świetnie poprawiającego mi komfort termiczny napoju...

Tak właśnie rzeczywistość boleśnie bije długim, twardym kijem nasze wyobrażenia.

Forma jest, także ta psychiczna. Byle to utrzymać!

Miałem o tym nie pisać, ale może jak napiszę, to poczuję się zobowiązany. Zamierzam powrzucać trochę publicystyki i tego typu pierdółek, które ostatnio mi powłaziły do głowy i muszę je gdzieś wypuścić na wolność. Oby czasu, chęci i sił starczyło.

Z błogosławieństwem na sobotę, szczególnie dla zmrożonych biegaczy.

środa, 15 stycznia 2014

Per pedes

Dzisiejszy dzień był szalony i basta. Na tyle szalony, że nie wiem czy uda mi się skończyć to pisać zanim skończy się ten dzień... Tak czy siak - ja nie o tym.

Ja o tym, że byłem od rana biegać, a potem miałem bardzo mało czasu, żeby się naszykować do kina. Dlaczego miałem bardzo mało czasu? Bo rano, zamiast, jak normalny człowiek (he he), zjeść śniadanie i pójść biegać (i wiadomo skąd to he he, he he), to ja nie, włączam sobie eurosport, a tam, oczywiście, kurde blaszka, ja pitole, Lleyton gra na Australian Open. No nie zobaczyć chociaż kawałka Lleytona na AO, to jak w ogóle nie zobaczyć AO. Oczywiście grali ostatni set, więc co robię ja? Wlepiam gały w mój wielocalowy telewizor i oglądam...

...a minuty uciekają.

Miałem iść biegać o wpółdo. Wystarczy, w sumie za dwadzieścia. No za piętnaście max... Dzięki Panowie Seppi i Hewitt, to właśnie dzięki Wam wyszedłem z domu troszkę później niż pięćdziesiąt po... No a potem to już wiadomo. Bieganie przez 70 minut.

Kupiłem sobie dziś powerade na drogę. To znaczy na trening. Bardziej niż na samym powerade zależy mi na butelce po nim, ale kit z tym. Ważne, że postanowiłem uzupełniać płyny podczas treningu. Czy się sprawdziło? Odpowiem dyplomatycznie - dzisiejszą formę mogę zawdzięczać temu, że akurat dzisiaj biegło mi się bardzo dobrze, ALE uzupełnianie płynów po drodze mogło mieć na to wpływ.

Tak szczerze mówiąc czułem się dużo lepiej niż bez picia po drodze. Nie zamierzam jednak wyciągać wniosków po jednym treningu, także swoje opinie na ten temat będę opisywał w późniejszych odcinkach.

W tym odcinku spodobała mi się jeszcze jedna rzecz. Pogoda dziś w trakcie mojego biegania była, po prawdzie, paskudna. Śnieg sypał, nieco zawiewał wmordęwind, chłodnawo, a do tego jeszcze wilgotno. Tymczasem biegnąc poprzez łódzkie ostępy udało mi się spotkać kilku biegaczy, w tym dwie kobiety. Zastanawiam się teraz czy:

a) cieszę się, że biegały
b) cieszę się, że obie odpowiedziały na moje pozdrowienie (dawno chciałem się podzielić tym przyjemnym uczuciem, że starożytno - rzymski gest "ave" wciąż jest przez nas używany w celu pozdrowień!)
c) cieszę się, że druga z nich była ładna (ale miała bidulka tak grubą i wielgachną czapę, że aż mi jej szkoda...)

Dodam, że wszystkie odpowiedzi są prawdziwe.

Cieszy mnie to, że w końcu ruszyliśmy się z domów. Ja, Ty, Oni, One, My i Wy. Coraz mniej dziwnym staje się bieganie, coraz częściej powodem do chwały staje się docieranie w miejsce x per pedes.

W związku z tym dziś pozdrawiam wszystkich biegaczy, piechurów, łazików i tych innych wariatów, którzy wolą przegnać z buta całą Piotrkowską, niż cierpieć w środkach masowej komunikacji, a w szczególności Tatę i Sąsiada.

No i nie zdążyłem dzisiaj, które jest już wczoraj...

niedziela, 12 stycznia 2014

Ciężko

Znowu cicho. Tak to ze mną już jest, nie ma się co tłumaczyć. W sumie wolę przestać pisać bloga niż przestać biegać, także nie jestem specjalnie pełen wyrzutów.

Ciężko się wraca, bo nie wiadomo od czego zacząć. Zacznę więc od tego, że zaczynam bo zaczyna się mój ukochany, najlepszy tenisowy turniej na świecie. Moje kochane Australian Open. W tym roku niestety nie dam rady tak mocno śledzić rozgrywek jak w poprzednim, ale postaram się chociaż mieć oko na to co się dzieje i jak będzie okazja to obczaić jakiś meczyk czy dwa.

Biegam cały czas, chociaż kombinuję jak mogę, żeby pogodzić obciążającą fizycznie pracę i treningi. Wychodzi różnie, ale sądzę, że i tak trzymam się całkiem nieźle. Nie odpuszczam treningów, nie obcinam obciążeń, czasem muszę odpuścić jakąś jednostkę treningową po prostu z braku czasu, a nie z braku chęci. Marzy mi się mieć tyle czasu co w zeszłym roku...

I tu docieram do motywu, który skłonił mnie do napisania. Ciężko jest zdecydować co jest dla nas najważniejsze. Trzeba dużo próbować, eksperymentować i wyciągać wnioski. W pewnym momencie poczujemy, co tak naprawdę jest dla nas istotne w życiu i co chcemy robić, żeby być szczęśliwymi. Ja już wiem, chociaż w sumie wiedziałem to od dawna, że chcę życie poświęcić na podróże i sport. Zarówno jako "odtwórca" jak i, powiedzmy, organizator. Chciałbym być przewodnikiem (czynnym ;)), trenerem, współorganizatorem, ale też pielgrzymem, pasażerem, zawodnikiem. Ten rok będzie, miejmy nadzieję, przełomowy. Chcę się poświęcić całkowicie pasji, tak żeby pracować i żyć jednocześnie. Bo z całym szacunkiem dla mojej obecnej pracy i pewnie innych, też możliwych - nigdy nie będę szczęśliwy i usatysfakcjonowany na etacie. 

Ciężko jest, ale mam nadzieję, że ciężko nie będzie. Nic nie daje takiej satysfakcji jak zmęczenie po czymś przyjemnym. 

Jak ja bym chciał już być na trasie maratonu, matko, jak to uzależnia, już od pierwszego razu! Przecież to boli jak cholera, niemiłosiernie. Chcę już poczuć ten ból kolan!

I z każdym dniem spędzonym w oazie spokoju "Olsza" coraz mniej toleruję miasto. Daj Boże żyć kiedyś na wsi...

środa, 16 października 2013

Gdybym do pisania bloga...

...zabierał się tak jak do biegania to miałbym już dużo fajnych postów, dużo fanów, fanek, wyświetleń i pisaliby o mnie na pudelku. W ogóle to mam wrażenie, że piszę na ten lub podobny temat już któryś raz, ale w sumie nie ma to dla mnie znaczenia.

Bo piszę tak samo jak biegam. To znaczy traktuję tę czynność autotelicznie. Użyłem tego trudnego słowa (zresztą nie wiem czy poprawnie) aby powiedzieć, że robię to wszystko dla samego robienia. Nie mam jakiegoś specjalnie postawionego celu, chociaż w przypadku biegania takim celem jest w zasadzie maraton. Ale debiut mam już za sobą, jak w przyszłym roku nie uda się wystartować tragedii robić nie będę. 

Biegam dla siebie. Biegam, bo to pozwala na wyładowanie złych emocji i naładowanie się pozytywną energią. Biegam, żeby być zdrowszym i żeby troszkę zniwelować skutki moich niezdrowych zajęć (chociaż tych nie ma już dzisiaj wiele). Biegam, żeby pooddychać powietrzem, może niezbyt świeżym w mieście, ale na pewno przyjemniejszym niż to domowe. Biegam, żeby pozwiedzać, bo zaglądam w miejsca, których na co dzień nie odwiedzam. Biegam, bo po mieście chodzą ładne dziewczyny i niektóre ładnie się uśmiechają. Biegam, bo chociaż czasem robię to na siłę, to czuję się od tego zwyczajnie uzależniony. 

A piszę? Bo mam czasem coś do powiedzenia. Bo po prostu to lubię. Czasem piszę bo muszę się czymś podzielić, czasem mnie coś wkurza, a czasem piszę ze szczęścia. Piszę bo chcę, żeby ktoś w tych wszystkich mniej lub bardziej udanych tekstach znajdował chociaż po jednym wartościowym zdaniu. Może kiedyś zbiorę się do tego, żeby pisać w ramach polemiki z kimś. Czasem przez dwa tygodnie nie mogę się zebrać żeby skleić kilka słów, a czasem słowa same lecą z klawiatury jak woda w wodospadzie. Ale jakie to ma znaczenie jak często i ile? 

Żadne. Znaczenie ma tylko, żeby w każdej chwili robić to na co ma się ochotę. 

W związku z tym pobiegałem, popisałem i za jakieś 45 minut pójdę znów biegać, tym razem z Love. 

Najłatwiej się zebrać, kiedy nie myślimy o tym jak mamy to zrobić, tylko po prostu zaczynamy coś robić. Daruj sobie mówienie, że za 10 minut to już na pewno zaczniesz coś tam. O 18.07 zaczyna się biegać tak samo fajnie jak o 18.30. I 23 minuty zastanawiania się tego nie zmienią.

I właśnie dlatego możesz to teraz czytać - napisałem to z marszu, bez zastanowienia. 

Jak już zaczniesz, to już na pewno nie odpuścisz.

poniedziałek, 30 września 2013

Nic nas nie zabije

Tak, tak. Początkowo tytuł miał brzmieć "Nic mnie nie zabije". Jednak okazało się, że ktoś oprócz mnie złapał o co chodzi w bieganiu.

Ale od początku.

Wróciłem do biegania. Tym już zdążyłem się pochwalić. Nie zdążyłem się jednak pochwalić tym, co sprawia, że uwielbiam ten sport. Gdy biegnę czuję się jakby całe moje ciało i cała dusza wypełniały się nieprzebranymi ilościami pozytywnej energii. W moment na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Czuję jak endorfiny pulsująco rozpływają się po wszystkich zakamarkach do jakich się mogą tylko dostać. A przede wszystkim czuję się niezniszczalny.

Czuję się absolutnie szczęśliwy. Nie zważam na nic i na nikogo. Nie obchodzi mnie, że ktoś się na mnie patrzy, ja się tylko spoglądam i szeroko uśmiecham. Nie obchodzi mnie, że pada, w końcu pod prysznicem czy na basenie też moknę i jakoś mi to nie przeszkadza. Nie obchodzi mnie, że wieje mi w twarz - jestem za chudy i mam zbyt małą powierzchnię nośną żeby mnie zwiało ;). Jestem absolutnie nietykalny i niezniszczalny. Czuję się królem życia i świata.

I chyba właśnie na tym polega szczęście. Taka właśnie jest moja rada - jeśli czegoś Ci w życiu brakuje, potrzebujesz czegoś co doda tej radosnej iskry do szarej codzienności - zacznij szukać. Próbuj, smakuj, testuj, eksperymentuj, tak do skutku. A skutkiem niech będzie to coś dzięki czemu będziesz czuć tę samą nieśmiertelność jaką czuję ja, czy artysta, który spełnia się stojąc na scenie przed tłumną publicznością.

Nie, nie, nie zapomniałem, że miało być o nas. Dzisiaj moja Love zdecydowała się zacząć biegać ze mną. To znaczy w sumie ja zacząłem biegać z nią, ale mniejsza o to ;). Zaczęliśmy od delikatnego marszobiegu i przy tym pewnie zostaniemy jeszcze przez trochę czasu.

Love dała radę, wiadomo jak to na początku, nogi nie te, serducho i płuca też nie bardzo. Sam jeszcze tydzień temu czułem się zatkany. To się poprawi z czasem. Najbardziej budujące było jednak to, że już pod koniec mówiła, że może biec w nieskończoność, że takie szybkie przemieszczanie się (ale nie pośpiech!) sprawia jej mega przyjemność. Teraz, w domku, jeszcze dodała, że rozumie już co czuję. Wcześniej nie rozumiała, bo bieganie kojarzyło jej się z przymusem z czasów szkoły. Tymczasem okazuje się, że bieganie, jeśli odpowiednio się do niego podejdzie, może sprawiać przyjemność. Pozwala poczuć się nieśmiertelnym.

Do tego jest jeszcze druga strona medalu. Dzięki bieganiu, jeśli uda nam się je pociągnąć na dłużej (a myślę, że się uda), możemy stać się nieśmiertelni jako para. Może to być pasja, która jeszcze bardziej scementuje nas, nasz związek. Bo chociaż różnimy się czym się tylko da jeśli chodzi o charaktery, to potrafimy wiele fajnych rzeczy robić razem. Być może bieganie będzie tym, co w nawet najtrudniejsze dni pozwoli nam przełamać wszelkie niesnaski, wspólnie rozładować napięcie.

Sport jest niesamowity, niech ktoś mi spróbuje powiedzieć, że tak nie jest...!

środa, 25 września 2013

Smak porażki

Jaki jest? Tak sądzę, że zależy od tego jak jest doprawiona.

Porażka może być słodka. To wtedy, kiedy porażka przynosi jakąś korzyść (czasem się i tak zdarza), albo kiedy obserwujemy porażkę wroga/przeciwnika. Czasem jakiś detal może osłodzić porażkę, chociaż wtedy słodycz jest tylko dodatkiem do innego smaku.

Porażka może być słona. Jest to smak niby przyjemny, ale źle dawkowany psuje wszystko. Porażka raz na jakiś czas stawia na nogi, dodaje charakteru i smakowitości. Wzmaga rywalizację, dodaje emocji na koniec ligi czy turnieju, pozwala lepiej posmakować w zwycięstwie. Niestety w nadmiarze staje się obrzydliwa i psuje każdą potrawę. Poza tym sól jest niezdrowa...

Porażka może być kwaśna. Wykrzywia usta, czasem całą twarz, ale ma swoich amatorów. Czasem pijemy sok z cytryny tak po prostu dla zabawy. Tak samo czasem przegrywamy dla zabawy, a czasem obserwujemy zabawne porażki. Drużyny, które szczycą się bycia najgorszymi (Odlew Poznań) czy zawodnicy, którzy nie mają szans ale biorą udział w zawodach (typu czarnoskórzy na nartach). Generalnie nawet taka porażka nie jest przyjemna, ale jest w niej coś urokliwego. No i sok z cytryny pijemy na wzmocnienie odporności.

Porażka bywa też gorzka. Taka zdarza się najczęściej, taka boli najbardziej. Porażka w meczu o najwyższą stawkę, z najważniejszym przeciwnikiem czy kolejna porażka z rzędu (tutaj jeszcze pojawia się sporo słonego smaku) - taka właśnie jest gorzka porażka. Zostawia po sobie duży niesmak i niezadowolenie. Długo nie daje o sobie zapomnieć. Mnie cały czas boli wczorajsza klęska siatkarzy, a boli podwójnie, że zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki. Boli mnie też porażka Widzewa - kolejna. Remisy z Jagiellonią i Podbeskidziem traktuję jak porażki. Katastrofa. Splot fatalnych, beznadziejnych w skutkach sytuacji doprowadził do tego co jest dzisiaj. Gorycz z meczu na mecz jest coraz mocniejsza.

Jednak staram się nie zapomnieć, że jako dzieci w większości nie lubiliśmy gorzkiego smaku. Z czasem jednak zaczęliśmy lubić piwo, wytrawne wino czy oryginalnie przyprawione potrawy z lekkim posmakiem goryczy. Goryczka dodaje wartości. Goryczka jest oznaką dojrzałości. Poniekąd goryczka jest wyznacznikiem osiągnięcia pewnego poziomu dorosłości. Przełknięcie gorzkiego kęsa pozwala pokonać własną słabość, a czasem wynagradza to ciekawym smakowym doznaniem (jak z mocno chmielonym piwem).

Liczę, że w końcu seria porażek Widzewa czy siatkarzy skończy się, niczym długie i nieco żmudne gotowanie. Cierpliwość w mieszaniu wszystkich smaków w końcu zaowocuje smakiem uniwersalnym, smakiem najdoskonalszym.

Smakiem zwycięstwa.

poniedziałek, 23 września 2013

Nie ma się co szczypać

Troszkę czasu to trwało, troszkę dojrzewało samoistnie, troszkę dojrzewało przez kopniaki w tyłek i liszaje na ogarnięcie, ale w końcu dojrzało. No dobra, póki co kiełkuje, ale pewnie w końcu wyrośnie z tego pięknie kwitnący kwiat.

Bo jak tak patrzę to do tej pory hodowałem bonsai - tylko przycinałem gałązki. W ramach poprawiania swojego samopoczucia postanowiłem zastosować metodę ograniczania wszelkich możliwości jakie daje mi świat.

Przestałem biegać po maratonie - bo zmęczony. Przestałem spacerować - bo powinienem być w domu, z Love. Odpuściłem temat przewodnictwa - bo i tak pewnie nie miałbym czasu. Bla, bla, bla, bla.

Szukanie wymówek jako nowe hobby.

Koniec z tym. Koniec z jojczeniem, marudzeniem, tłumaczeniem i życiem byleby przetrwać kolejny dzień po najmniejszej linii oporu. Żeby tylko się nie zmęczyć, pobrudzić i żeby nikt nie miał pretensji.

Znów biegam! Po 5 miesiącach udało się zaatakować temat, ubrać buty i wyjść podeptać chodniki. Generalnie to niewiele się zmieniło - buty te same, dresy te same, mp3 rozładowana. Szkoda, że forma nie ta. Nogi dają radę, ale oddechowo - krążeniowo czuję się zatkany. Dlatego na początek 24 minutki. Bardziej żeby od czegoś zacząć niż żeby coś osiągnąć. Póki co. Kto wie, może te 24 minutki to znak, żeby wrócić do planu treningowego - na 24 tygodnie? Tak czy siak cel taki jak rok temu o tej porze - w kwietniu przebiec maraton.

Tylko, że dzisiaj już wiem jak to smakuje, z czym to się je. Mam nadzieję, że tym razem na starcie stanie dwóch Bajasów i dwóch Bajasów zamelduje się na mecie. Za siebie już nie muszę trzymać kciuków, bo wiem, że dam radę mając ubiegłoroczne doświadczenie. Teraz trzymam kciuki za tatę, oby wystarczyło mu wytrwałości!

A po czym poznać, że znów czujesz się na siłach, żeby wrócić do szykowania się na maraton? Na dworze pada, wieje, zimno, dzień był ciężki (nawet bardzo), ale i tak wychodzisz z domu. I jakie to piękne uczucie, znów mieć tę energię, siłę  taką, że "zamiast hantla mógłbym użyć całego bloku".

Fajnie móc spojrzeć na swoje życie i powiedzieć "dobrze jest, oby tak dalej".

Miłego wieczorka!